close
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w swojej przeglądarce.
  
Niedziela 24 Wrzesień 2017 | Imieniny: Dora, Gerard, Teodor
Aktualności
Prezentacja gminy
Urząd Gminy
Rada Gminy
Sołeckie wieści
Stowarzyszenia i organizacje pozarządowe
Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej
Zakład Gospodarki Komunalnej
Inwestycje
Biblioteka Publiczna
Oświata
Ekologia i środowisko
Oferta terenów inwestycyjnych
Ośrodek Sportu i Rekreacji
Policja
Opieka medyczna i leczenie uzależnień
Akty prawne
Parafie
Gospodarka odpadami
Projekty unijne RPO
Bezdomność zwierząt
Bezpieczeństwo
 



   
Legendy

KARCZMA " BYCZEK"

Był rok Pański 1456. Na drodze z Tuczna do Mierzwina stała okazała gospoda, przez tutejszych zwana "Byczek". Gościła ona znakomite osobistości i zwykłych prostych ludzi, najczęściej chłopów, którzy zaglądali tu (ku utrapieniu swych pań) w niedzielę po nabożnym odprawianiu modłów w parafialnym kościele. Nazwa owej gospody, jak wspominają najstarsi mieszkańcy okolicy, brała się stąd, że serwowano tam najlepsze wino, które aromatem przypominało zapach kwitnących róż. Smakiem zaś podobne było do najwspanialszych win z Węgier i Italii, o kolorze podobnym do koloru bordowej róży. Moc jego była tak wielka jak najsilniejszego byka. Upijali się więc tu chłopi, pozostawiając często u właściciela ostatni grosz albo nawet zastawiając dobytek. Jak podają źródła, wspomnianego roku lato było wyjątkowo upalne i susza dotknęła całą okolicę. Jak powiadały stare, a pobożne kobiety, był to znak od Boga, aby tutejsi chłopi zaprzestali swych niedzielnych ponabożeństwowych praktyk, a zajęli się swoim dobytkiem i rodzinami, które w coraz większą biedę popadały. W okolicy zaczęło brakować wody. Studnie wysychały, a poziom wody w tutejszym jeziorze był tak mały, że w najgłębszym miejscu człek wysoki mógł, nie zamoczywszy głowy, przejść przez nie. Ryby wyzdychały, trawy wyschły, bydło padało. Rzecz jednak zadziwiająca, studnia w gospodzie była pełna, choć stała na wzniesieniu. Różne domysły zaczęli ludzie czynić, zwłaszcza wtedy, gdy właściciel gospody podniósł cenę za dzban wody. Ludzie zostawiali u chciwego karczmarza wielkie sumy srebrnych monet, bo każdy chciał żyć. Pewnego lipcowego wieczoru dwaj młodzieńcy, chcąc podkraść trochę wody, a to tylko dlatego, że już nie posiadali ani grosza zakradli się do krzaków przy studni karczmianej. Wielkie ich ogarnęło zdziwienie, gdy ujrzeli karczmarza rozmawiającego z dziwnym jegomościem. Ubrany byt w czarny kubrak, a w miejscu butów widać było racice. Imć gość groził, że jeżeli karczmarz nie podpisze pergaminu, który on trzyma w ręku, to woda w studni wyschnie, a on sam stanie się żebrakiem. Przestraszony gospodarz szybko nagryzmolił swój podpis, ale papieru nie chciał oddać. Wiedział bowiem, że jeżeli papier będzie w jego ręku, warunki może dyktować on. Imć gość znikną, a gospodarz szybko pobiegł do domu i wyniósł palące się drewienko. Szybko podpalił nim swój dopiero co podpisany dokument i wrzucił go do studni. Stała się rzecz niesłychana. Oto w studni zaczęło coś trzaskać, skwierczeć, z jej wnętrza wydobyła się obrzydliwa postać. Schwyciła gospodarza i z wielkim trzaskiem wciągnęła go do studni. Przestraszeni młodzieńcy uciekli szybko z tego strasznego miejsca i opowiedzieli napotkanym ludziom, co widzieli i słyszeli. W tej też chwili zaczęło grzmieć, a z nieba spadł deszcz. Następnego dnia kilku śmiałków wyruszyło, aby sprawdzić, co mogło stać się z gospodarzem. Ku ich zdziwieniu na miejscu gospody nie było już nic, tylko rozległa łąka, porośnięta soczystą trawą, a na niej pasł się dorodny byczek. Łąka ta istnieje do dziś i nawet w największą suszę jest zielona. A owo miejsce jest równo na środku, po prostej linii patrząc między kościołem w Tucznie, a początkiem wsi Mierzwin. Ja to słyszałem od jednego jeszcze dziś żyjącego młodzieńca, który owej nocy był w opisanym miejscu i naszemu Plebanowi spisać kazałem, co Imć Jegomość w kronice tej uczynił. Mowa tu o kronice parafii w Tucznie gdzie legenda o naszym gminnym czarcie jest spisana.

 

Skarb w Julianowie

W czasach, kiedy wojska szwedzkie wracały spod Częstochowy, przechodziły przez nasze tereny. Droga wiodła z Inowrocławia przez Tuczno do Dźwierzchna i dalej na Łabiszyn. Za wojskiem ciągnęły tabory ze zrabowanymi łupami wojennymi. Często zdarzało się, że skarby i inne dobra były zakopywane lub gubione. Wieści przekazywane w podaniach głoszą, że Szwedzi pogubili duże części skarbu, przeprawiając się przez jezioro Mielno w rejonie wsi Łącko oraz jezioro Pląsno, zwane też Płaźno, w rejonie wsi Dźwierzchno. Po dziś dzień dzisiejszy mroczne i muliste głębie tych jezior strzegą swoich tajemnic. Szwedzi przechodzący przez wieś Będzitowo, jak mówi legenda, zostawili wielki skarb w skrzyniach. Zakopali go w leśniczówce w Julianowie. Ówczesny leśniczy wraz ze swoimi synami odkopał skarb. Przenieśli ogromne skrzynie w inne miejsce na wypadek, gdyby Szwedzi wrócili. Było tego dobra tak wiele, że w czasie owej pracy syn leśniczego oberwał się i zmarł. Ojciec jego też w krótkim czasie dokonał żywota. Nie nacieszyli się bogactwem. Zostały po nich zapisy mówiące, że zakopane skrzynie leżą pewną ilość łokci od zachodniej strony leśniczówki, w kierunku Łabiszyna. Podobno po latach część skarbu odkopano, ale nie przyniósł on nikomu szczęścia ani bogactwa. O skarbie zapomniano. Legenda krążyła wśród ludzi, lecz nikt nie chciał jej sprawdzić, same pieniądze to nie wszystko.

 

Kulawy pies Kramera

Wieś Jordanowo, jak wiele innych w okolicy, była od bardzo dawna (w wyniku rozbiorów) własnością rodów niemieckich. Ostatni z dziedziców nazywał się Kramer. Zamieszkał w pięknym (wówczas) dworku, naprzeciwko którego stały stare spichrze, a dookoła rozciągały się różne zabudowania gospodarcze. Pałac, jak i sąsiadujący z nim piękny park, okalały różne gatunki dorodnych drzew. Królowały wśród nich przepiękne dęby. Do jednej części parku prowadziła aleja zakończona piękną bramą wjazdową z krzyżami, za którą był cmentarz rodziny Kramerów. Cała okoliczna ludność pracowała na rzecz dziedzica. Ludzie różnie opowiadają o Kramerze. Trudno obecnie wnioskować czy był dla ludzi złym, czy dobrym. Zapamiętano Go jako kulawego pana, który regularnie obchodził swoje włości. Najczęściej w ciągu dnia pokonywał trasę dookoła spichrzy. Wracał do pałacu, z którego kierował się do parku zwanego przez mieszkańców "gajem". Oglądał tam każde drzewo. Ludzie mówili, że był masonem i jako członek "Loży Masońskiej" miał obowiązek strzec jej tajemnic. Podobno pod spichrzem były piwnice przestronne, w których odbywały się bardzo dziwne praktyki. Opowieści o nich były tak straszne, że trzymały ludzi z dala od piwnic. Mówiono, iż dziedzic w piwnicach przygotowaywał kandydatów do "masonerii" i odbierał od nich ślubowanie. Praktykom tym towarzyszyły wówczas straszne dźwięki. Łoskot bicia w stalowe obręcze i błyski przenikające na zewnątrz małymi oknami piwnic. Podobno niewielu śmiałków wytrzymało te próby. Większość wyskakiwała z piwnicy krzycząc, a w ich oczach widać było wielki strach. Nikt nigdy nie dowiedział się od nich, co działo się w lochu. Ci którzy przeszli próby pomyślnie, też milczeli zobowiązani tajemnicą bractwa. Kramer włodarzył w Jordanowie do końca II wojny światowej. Po klęsce Niemiec z całym dobytkiem, złotem i srebrem, zabranym na trzech wozach wyruszył w kierunku granicy z Niemcami. Wcześniej jednak kazał zasypać piwnice pod spichrzem. Przy granicy opuścili Go chłopi z dworu i wrócili do Jordanowa. Po pewnym czasie "Kulawy Dziedzic" powrócił do swego domu, lecz w pięć miesięcy zmarł. Pochowano Go, wraz ze skarbami, na rodzinnym cmentarzu w "Gaju". Po śmierci dziedzica, gdy robotnicy szli w pole, widzieli często psa o trzech nogach. Chcieli go złapać, lecz był to trud daremny. Co najdziwniejsze, pies chodził trasą wokoło spichrzy, przechodził koło dworu, szedł do parku. Tak robił za życia Kramer, który też był kulawy. Ludzie twierdzili, że dziedzic wrócił pod postacią psa i nadal pilnuje swego dobra. Z czasem zauważono, że pies nie robi nic złego. Wielu o nim zapomniało. Nikt nie wie, kiedy i gdzie zniknął. Lecz są i tacy , co twierdzą, że Kramer do tej pory pod różnymi postaciami: psa, zająca lub świetlików, chodzi po gaju i przy spichrzu. Dlatego nie chodzą wieczorami tamtędy, aby uniknąć spotkania z Kramerem.

Inne legendy dostępne są tutaj.

 
«« wstecz

drukujwyślij ten link
  
  
N Pn Wt Śr Cz Pt Sob
12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
  
 






  
     
  
on line: 8 odwiedzin: 5895908
    Strona główna | Kultura | Kontakt |
© 2008 - 2017 Złotniki Kujawskie. All rights reserved.